Ostatnia deska ratunku

Ostatnia deska ratunku. Z czym się Wam kojarzy? Rozwiązanie ostateczne, ostatnie z możliwych, gdy już wyczerpiemy wszystkie koła ratunkowe, wszystkie „telefony do przyjaciela”, gdy już nie będzie innego wyjścia, wtedy chwytamy się ostatniej deski ratunku…

Jesteś moją ostatnią deską ratunku – powiedziała. W moje urodziny. Poczułem się jakbym dostał w twarz. Nagle uświadomiłem sobie, że jestem ostatnim facetem którego by wybrała. Naszą relacją nie jest ulotny flirt, ale bardziej chyba jest to przekraczanie bariery bezpiecznego dystansu, jaką każdy z nas się otacza. Czasem jest to bliskość fizyczna, ale bez naruszania tej cienkiej granicy do czegoś więcej. Sprawiło mi przykrość jedynie to, że jestem ostatnim, najgorszym z możliwych rozwiązań, które by zaakceptowała. Poczułem się jak nic nie warty śmieć.

Kolejny raz w moim życiu, ktoś wziął do ręki nóż by ciąć na nowo moje skrzydła i tak już pełne blizn. Mówią że blizny są mapą do duszy… Może coś w tym powiedzeniu jest. A może te wszystkie ślady na mojej duszy są tylko i wyłącznie moją winą? Jedni tną ręce nożem, żyletkami… a ja tnę niewidzialnym skalpelem swoją duszę?

Moje skrzydła mają mało piór. Już dawno przestały być gładkie, przyjemne w dotyku i w śnieżnobiałej barwie… Rzadko też już potrafię rozłożyć szeroko ramiona i wzbić się wysoko w powietrze razem z moimi marzeniami. Dzisiaj ich słabe mięśnie chowają się w przykurczu, przyklejone do szarego, zgarbionego ciała. Jest mi źle.

Morze

„Nie słyszałeś jak to jest, kiedy przybywasz do nieba? W niebie oni wszyscy o tym mówią – o morzu – i o tym, jakie jest cudowne. Mówią o zachodach słońca, które widzieli. Mówią o jego krwistoczerwonym kolorze przed zachodem. I mówią też co czuli, kiedy słońce traciło swą siłę, i chłód zaczynał nadciągać znad morza, a zamierające ognisko żarzyło się jeszcze…”
(fragment z filmu „Pukając do nieba bram”)

Morze. Kiedyś mnie tak nie ciągnęło na wybrzeże, nie widziałem w tym nic szczególnego, wydawało mi się że ten sam widok to straszliwa nuda… Leżenie plackiem na piachu i takie tam… Od jakiegoś jednak czasu to uczucie się zmieniło. Przegapiłem ten moment albo zmiana następowała powolutku, małymi kroczkami na które nie zwraca się uwagi. Dzisiaj morze mnie uspokaja. Mogę długo wpatrywać się w przewalające się fale, które pędzą ku brzegowi by na końcu rozpłaszczyć się szerokim łukiem na drobinach piasku. I rozmyślać. O wszystkim i o niczym. Pozwolić by nieposkładane myśli same odnalazły swoje miejsca…

Lubię też nieskrępowaną nagość. Harmonię z otaczającym mnie światem. Pusta plaża, promienie słońca pełzające po całym ciele, porywy morskiej bryzy muskające nagą skórę. I szum morza. Dopełnienie uczucia wewnętrznego spokoju.

Kiedyś, bardzo dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem pamiętam jak wałęsałem się po okolicznych łąkach, które pachniały rozgrzanymi przez słońce trawami. W oddali zobaczyłem przecinający łąki szpaler wysokich drzew i gęstych zarośli, a nachylenie terenu podpowiadało: strumień. Był tam. Zdjąłem buty i brodziłem w płytkiej, zimnej wodzie. Miejsce wyglądało magicznie. Przez poruszające się na lekkim wietrze liście przebijały się promienie słońca, sprawiając że część wijącego się strumyka mieniła się różnymi kolorami. Nie wiem czemu to zrobiłem, ale w pewnym momencie poczułem potrzebę zrzucenia z siebie wszystkich ubrań. Rozebrałem się do naga i stałem tak pośrodku strumienia w migoczących promieniach słońca. Było mi dobrze.

Nie zawsze widać

„Nie zawsze widać smutku oblicze choć w sercu łamie się życie a usta jednak się śmieją.”

Kiedyś w jednym z nocnych klubów półnaga tancerka po chwili przyglądania mi się powiedziała do mnie – „masz smutne oczy…”. Poczułem się trochę zaskoczony, może nawet pojawił się cień zakłopotania przez dość celną diagnozę. Poczułem się tak jakbym to ja był w klubie nagi a nie ona… Myślałem że potrafię dość dobrze ukrywać swoje myśli, ale jak widać chyba odrobinę się myliłem, albo może po prostu było mi wtedy już wszystko jedno… Z drugiej może jednak strony są tacy ludzie, którzy potrafią dostrzec cień w czyichś oczach… może Ci którzy widzą TO coś w Twoich oczach, sami noszą w sobie jakiś mrok, który chowają przed innymi. Nie była pierwszą osobą która mi to powiedziała. I pewnie nie była ostatnią, choć staram się co dzień rano przywdziewać maskę kogoś, kim nie jestem.

Urodziny

Urodziny. Kiedyś czekało się z niecierpliwością na tort, zdmuchiwanie świeczek, prezenty, no i po prostu na bycie najważniejszą osobą dnia. Co prawda zawsze czułem się dzieckiem II kategorii bo tak mnie wychowywano… ale mniejsza z tym. Dziecko jest dzieckiem a urodziny w życiu dziecka są naprawdę ważne. A dzisiaj? Z upływem czasu, który nie ubłagalnie mija i nie można go zawrócić, coraz bardziej nie chcę myśleć o dniu narodzin. Może też dlatego że przypomina mi, że kiedyś przyjdzie nieuniknione i pojawi się w życiu dzień, który będzie dniem mojej śmierci.

Kiedyś czasem dostawało się kartki z życzeniami, z odręcznym pismem, znaczkiem pocztowym i mało czytelnym zazwyczaj stempelkiem. Dzisiaj nie dostaję już kartek, zaś w skrzynce zalega tylko korespondencja z urzędów, ulotki lokalnych gastronomii i notoryczne namawianie na zmianę operatora telewizji kablowej. Mój czarny telefon w TEN dzień coraz rzadziej przerywa ciszę swoim natarczywym dzwonkiem. Coraz częściej też jest to zdawkowa wiadomość tekstowa, czasem email albo śmieszne „100 lat” od kogoś na Facebooku, jakby nie można było napisać choć jednego zdania… Kiedyś w TEN dzień biegło się w podnieceniu do przedpokoju odebrać telefon, dzisiaj na stole w zasięgu ręki leży wypasiony smartfon. I co z tego. Żywe osoby zamieniają się powoli z okrutną systematycznością w martwe kontakty w telefonie.

W pracy wymuszone trochę słodycze, wypada jednak przynieść, bo wiesz że zrobią na Ciebie zrzutę by kupić jakiś drobiazg… W domu zaś bez niespodzianek, rutynowe pytania od iluś lat „co chciałbyś dostać”… I dostaję to, co sam sobie wymyślę. To zabija w tej zabawie podniecenie i niecierpliwość czekania. Wszystko wydaje się sztuczne, jakieś nierealne, pozbawione radości i uczuć. Kolejna rocznica w kalendarzu odhaczona.

Midnight Kiss

Jest noc. Zarówno pora roku jak i padający deszcz skutecznie odstraszają amatorów romantycznych spacerów. Ulica i chodnik na przemian odbijają światła witryn, latarń i przejeżdżających samochodów. Stoimy przed fasadą starej kamiennicy, chroniąc się przed deszczem schowani pod kloszem jej parasolki. Zamówione taksówki powinny lada moment pojawić się w zasięgu wzroku, zabierając nas w nasze ciepłe i suche azyle. Noc pozostałby nocą jak tysiące innych, nie różniąc się zbytnio od siebie niczym szczególnym ale… pojawiło się to ale…

Przysunęła się bliżej wtulając się we mnie. Poczułem jej oddech na swojej szyi, a pod swoimi ustami ciepło jej skóry gdy próbowałem zanurzyć twarz w jej włosy. To było miłe. Chciałbym aby to trwało godzinami… Zadzwonił mój telefon i przerwał nagle tę chwilę zapomnienia, którą dopiero co zacząłem się rozkoszować. Kierowca już czeka. Muszę iść. Zazwyczaj myślę racjonalnie… może jednak klika wypitych wcześniej drinków zniosło blokady… nachyliłem się lewą dłonią przyciągając delikatnie jej twarz do swojej. Pocałowałem. Nie oponowała. Pocałowałem mocniej, głębiej, wilgotniej. Czułem uderzające o siebie nasze ciepłe języki, moje serce przyspieszyło a przez ciało przebiegła fala gorącego podniecenia. Trwało to kilka, kilkanaście sekund może. Tylko. Za krótko, za mało. Jednak wracając tej nocy do domu czułem jeszcze przez chwilę smak jej ciepłych ust, jej śliny, zapach jej skóry i niczego nie żałowałem. W krótkich kilku wiadomościach wymieniliśmy pożegnania i nadzieję na powtórzenie tego… co się wydarzyło. Choć pewnie nigdy się nie powtórzy…

Pocałunki są jak zapałki, które w ułamku sekundy wybuchają gwałtownym płomieniem. Są jak iskry, które wtłaczają w nasze byty energię do życia.

Życie. Życie składać się powinno z samych iskier, z ognia, którego namiętność będzie wiecznie podsycana. Powinno być wypełnione gorącym żarem, żywiołem samym w sobie. A może mi pisane jest powolne wygaśnięcie? Tej nocy jednak poczułem tę iskrę. Przelotny, namiętny pocałunek. Tak, to nic wielkiego, wiem. Czuję się jednak z tym dobrze. Bardzo dobrze. Potrzebuję iskier by żyć.

„Dotykam Twoich ust, palcem dotykam brzegu twoich ust, rysuję je tak, jakby wychodziły spod mojej ręki, jakby po raz pierwszy twoje usta miały się otworzyć i wystarczy, bym zamknął oczy, aby zmazać to wszystko i zacząć od nowa; za każdym razem tworzę usta, których pragnę, usta wybrane pośród wszystkich, w absolutnej wolności przeze mnie wybrane, aby moja ręka narysowała je na twojej twarzy, a które przez niezrozumiały dla mnie przypadek dokładnie odpowiadają twoim ustom, uśmiechającym się pod moimi palcami.

Patrzysz na mnie, patrzysz na mnie z bliska, jeszcze bardziej z bliska, oczy powiększają się, zbliżają do siebie, nakładają jedno na drugie, cyklopi patrzą sobie w oczy łącząc oddechy, usta odnajdują się i łagodnie walczą gryząc się w wargi, leciutko opierając języki o zęby, igrają wśród tego terenu, gdzie przelewa się tam i z powrotem powietrze, pachnące starymi perfumami i ciszą. Wtedy moje ręce zanurzają się w twoich włosach, pieszczą powoli głąb twych włosów, podczas gdy całujemy się , jakbyśmy mieli usta pełne kwiatów czy też ryb o szybkich ruchach, o świeżym zapachu.

I jeżeli całujemy się aż do bólu –jest to słodycz, a jeżeli dusimy się w krótkim gwałtownym, wspólnie schwyconym oddechu – ta sekundowa śmierć jest piękna.

Jedna tylko jest ślina, jeden zapach dojrzałego owocu, kiedy czuję jak drżysz koło mnie niby księżyc odbijający się w wodzie.”

Początek

Wielu ludzi nosi w sobie ukrytego potwora
Chorobę, który wysysa im krew
Który ich pożera
Rozpacz która gnieździ się w ich nocy
Oto człowiek, który nie różni się od innych
Chodzi, porusza się i nikt nie wie
Że ma w sobie straszliwego potwora –
– boleść stuzębną
Która żyje w tym nieszczęśniku i zabije go
Nikt nie wie że ten człowiek to topiel
Jest spokojny ale bez dna
Od czasu do czasu niezrozumiałe drżenie
Przebiega po powierzchni
Pojawia się jakaś zmarszczka
Znika, pojawia się znowu
Tworzy się pęcherzyk powietrza, pęka
Niby to nic
W istocie to rzecz straszliwa
Oddech nieznanej bestii